SAINT-REMY WALKA Z CHOROBĄ
Vincent przyjechał do Saint-Remy
8 maja 1889 roku. Zakład
Saint-Paul, położony malowniczo na wzniesieniu,
znajdował się w dawnym klasztorze, w odległości dwóch
kilometrów od miasteczka.W Pasji życia został opisany
następująco: "Oddział, na który zaprowadzono
Yincenta, przypominał poczekalnię III klasy na opuszczonej
wiejskiej stacyjce.Pacjenci mieli kapelusze, okulary
i płaszcze podróżne na sobie, a w rękach trzymali
laski jak gdyby właśnie zamierzali wyjechać (...).Jedenastu
mężczyzn siedzących dookoła zimnego pieca nie zwróciło
żadnej uwagi na nowo przybyłego".
Vincent trafił pod opiekę doktora Peyrona,
byłego lekarza okrętowego z Marsylii,
który po krótkim badaniu ustalił diagnozę: ataki padaczki
mózgowej.Pacjent poddał się biernie zaordynowanej
terapii, przystosowując się z wolna do monotonnego
trybu życia obowiązującego w zakładzie. Leczenie polegało
na dwóch gorących kąpielach tygodniowo i unikaniu
wszelkich czynności mogących w jakikolwiek sposób
zakłócać spokój chorego. Malarz trzymał się dzielnie
i żył nadzieją, że odzyska siły i znów będzie mógł
malować. Dużo czytał i regularnie pisał do Theo.
Po jakimś czasie do jego dyspozycji oddano małe atelier.
Ale okna opatrzone były żelaznymi, grubymi sztabami.
Vincent malował krajobraz widziany z okna.Na przednim
planie widniało zboże, zbite i połamane burzą. Jakiś
mur ciągnął się wzdłuż stoku, a poprzez szare listowie
kilku oliwek przeświecały chaty i wzgórza". Znów
mógł malować - odzyskał swoją cudowną broń przeciwko
zwątpieniu i szaleństwu. W liście do brata prosił
o zapas farb i niezbędne przybory.Każdego ranka rozstawiał
w ogrodzie sztalugi. Czuł się coraz lepiej: pozwolono
mu nawet-pod opieką strażnika - wychodzić poza bramę
zakładu. W pejzażu Prowansji urzekały go teraz cyprysy
o strzelistych, "płomiennych" kształtach.Ich
ciemne, niemal czarne sylwety kontrastowały z żółtymi
tanami pszenicy i niebem malowanym podłużnymi i spiralnymi
pociągnięciami pędzla. Doskonale nadawały się też
jako temat "studiów nocnych", czego wyrazem
jest obraz "Gwiaździsta
noc z cyprysem" na tle migoczącego złotem
gwiazd. "Cyprysy zaprzątają mnie
ciągle, chciałbym zrobić z nich coś podobnego do obrazów
słoneczników, bo dziwi mnie, że nikt ich jeszcze nie
namalował tak, jak ja je widzę. W liniach i proporcjach
są piękne niczym egipski obelisk. A zieleń jest tak
wyjątkowo szczególnym odcieniem. To czarna plama w
oświetlonym słońcem krajobrazie, ale to jeden z najciekawszych
czarnych odcieni, lecz nie znam drugiego, który byłby
trudniejszy do uchwycenia. Tutejsze cyprysy trzeba
widzieć na tle błękitu, a dokładniej mówiąc, w błękicie"
- zwierzał się Wilhelminie.Van Gogh działał teraz
zgodnie z dawnym, podporządkowanym pracy rytmem.Codziennie
o zachodzie słońca wracał szczęśliwy z nowym obrazem.
Za zgodą doktora Peyrona pojechał nawet do Arles,
by zabrać płótna z "żółtego
domu".
Kilka dni po powrocie, w trakcie malowania starych
kamieniołomów, dostał pierwszego ataku od czasu pobytu
w klinice. Trwał ponad miesiąc, a jego konsekwencją
był stan zupełnej apatii - jeszcze niedawno sądził,
że jest prawie zdrowy. Nie poddał się jednak i po
jakimś czasie znów powrócił do pracy. Malował widok
z okna pokoju: pola dojrzewającego zboża, kosiarza
przy żniwach. Pracował nad kolejnymi autoportretami.
Pozował mu także jeden ze strażników o nazwisku Trabuc.
Kopiował z reprodukcji Delacroix
(Pieta,
Miłosierny Samarytanin) i ulubionego Milleta
(Kosiarz,
Siewca, Odpoczynek). Gdy rozpoczął się zbiór oliwek,
ponownie pozwolono mu opuszczać zakład. Jak w transie
malował gaje, chociaż jego płótna stały się bardziej
wyważone i oszczędne. W przerwach po między nawrotami
choroby intensywnie pracował.
Miał wrażenie, że żyje w dwóch różnych, niezależnych
od siebie światach. Potrzebował zmiany i zapragnął
powrotu na Północ: "Zobaczyć ludzi
i przez obcowanie z nimi nabrać wigoru i ożywić myśli"
- napisał do brata. Theo przysłał mu w odpowiedzi
entuzjastyczną recenzję jego obrazów zamieszczoną
w prestiżowym Mercure de France.
Jej autorem był znany krytyk, Albert
Aurier (1865-1892). Do listu dołączył czek
na czterysta franków. Było to honorarium za pierwszy
i jedyny sprzedany obraz
artysty Czerwona winnica w Arles,
który zakupiła Anna Boch
(1848-1936) - siostra znanego belgijskiego malarza.
Nowiny te bardzo podniosły na duchu malarza, pozwalając
mu mocniej uwierzyć w siebie i cel swej pracy.Kiedy
jednak jego ostatnia wizyta w Arles zakończyła się
ponownym atakiem, załamany, podjął próbę samobójczą.
Van Gogh usiłował połknąć zawartość tuby z farbą,
a następnie wypił butelkę terpentyny - odratowano
go i przeniesiono na oddział o zaostrzonym rygorze.
Przestał malować i długo wracał do sił, żyjąc planami
powrotu do Paryża. Doktor Peyron był temu przeciwny,
mimo to artysta - dzięki zdecydowanej interwencji
Theo - opuścił zakład i w
maju 1890 roku wyjechał
z Saint-Remy.Zdążył
jeszcze namalować ukochane irysy ze szpitalnego ogrodu
- te same, które uwiecznił na początku pobytu w zakładzie,
dokładnie rok wcześniej.To niemal symboliczny akt
zamknięcia najważniejszego
etapu twórczego w życiu
Vincenta van Gogha - etapu
prowansalskiego.
KONIEC
PODRÓŻY POBYT W AWERS-SUR-OISE
stanowił ostatni etap pełnej dramatycznych wydarzeń
twórczej drogi van Gogha. Dotkliwie odczuwał już wówczas
opuszczający go zapał do dalszego malowania, lecz
wiedział, że musi tworzyć, bo tylko to było w stanie
utrzymać go jeszcze przy życiu. Obrazy z Auvers są
wyrazem takiej właśnie determinacji, krzykiem rozpaczy
i cierpienia. W nich odnaleźć
można najwyższą i najpełniej brzmiącą nutę artystycznej
ekspresji holenderskiego mistrza.
AUVERS-SUR-0ISE
Po przyjeździe do Paryża
van Gogh zatrzymał się na krótki czas u
Theo, który mieszkał teraz
z żoną i niedawno narodzonym synem Vincentem Willemem.
Ze wzruszeniem oglądał obrazy, które przez lata konsekwentnie
posyłał bratu. Było ich około siedmiuset. Po kilku
dniach wyjechał do Auvers-sur-0ise, gdzie na prośbę
Theo zaopiekował się nim doktor
Paul Gachet, lekarz psychiatra,
a zarazem wielki miłośnik malarstwa. Malarz spędził
tam dwa ostatnie miesiące życia. Gachet był wielkim,
nawet egzaltowanym, admiratorem sztuki van Gogha.
Po latach dramatycznej i beznadziejnej
walki o uznanie, taki stosunek do jego ttwórczości
szokował artystę. Wynajął pokój w gospodzie opodal
mieszkania swojego opiekuna i natychmiast przystąpił
do pracy. Wędrował ze sztalugami po okolicy w poszukiwaniu
motywów. Malował z właściwym sobie pośpiechem, jakby
w poczuciu uciekającego czasu. Choroba i przymusowa
bezczynność zrobiły swoje. Ręka malarza była teraz
mniej sprawna. Widać to wyraźnie na obrazie "Chata
w Cordeville", na którym ledwie zaznaczają się
kontury, a ślady prowadzenia pędzla są nerwowe, urywane,
wyraźnie brak im precyzji. Twórca wstawał wcześnie,
jak dawniej, lecz nie odczuwał już tej samej wewnętrznej
mocy. Wracał zmęczony, często sfrustrowany, zwłaszcza
gdy nie był w stanie ukończyć obrazu. Próbował wówczas
poprawiać płótna namalowane w zakładzie w Saint-Remy.
Traktował twórczość jako ucieczkę przed chorobą i
paraliżującym lękiem, że ataki się powtórzą. W tym
czasie powstał obraz "Droga
z cyprysem i gwiazdą".
Jego zgaszona, ziemista kolorystyka nie wyraża już,
tak jak dawniej, nabrzmiałych do ostateczności emocji.
Rolę tę przejął niezwykły dynamizm linii. Wydłużone
i rozfalowane kształty przedmiotów tworzą wspólny
układ napięć, który organizuje przestrzeń, nadając
jej niemal mistyczne znaczenie. Van Gogh wciąż szukał
nowych twórczych podniet. Oczarowany pięknem
kościoła w Auvers-sur-0ise, przedstawił go jako
porywające swą urodą dzieło, jakby organicznie związane
z otoczeniem. Wrócił również do portretowania.Jak
dawniej na modeli wybierał ludzi prostych, pozbawionych
społecznego splendoru, związanych przez życie i pracę
z naturą, czego przykładem jest obraz Wieśniaczka
w kapeluszu. Ostatnie dzieło van Gogha to głęboko
psychologiczny "portret
doktora Gacheta"
po mistrzowsku oddający charakter człowieka nadmiernie
skłonnego do melancholii". "Pan Gachet
robi na mnie wrażenie równie chorego i nerwowego jak
ty i ja, a do tego jest o wiele starszy. Kilka lat
temu stracił żonę, ale jest prawdziwym lekarzem, jego
rzemiosło i wiara podtrzymują go. Jesteśmy już w wielkiej
przyjaźni. Pracuję nad jego portretem, głową w białej
czapce, jego blond włosy w zupełnie jasnych odcieniach;
skóra rąk też zupełnie jasna; niebieski frak, kobaltowe
tło. Opiera się o czerwony stół, na którym leży żółta
książka i stoi naparstnica o purpurowych kwiatach"
- donosił bratu.
Kruchą, pełną zwątpień i trosk
stabilizację artysty zburzyły kłopoty Theo:
poważna choroba dziecka oraz zagrożona pozycja w firmie
Boussod Yaladon. Ponura perspektywa utraty materialnego
wsparcia do reszty go załamała. Przeżywał głęboki
kryzys twórczy, przekonany, że piękno otaczającego
świata nie będzie już w stanie wyzwolić w nim wewnętrznej
mocy. Wreszcie doznał uczucia ostateczne go wypalenia.
Czując zbliżający się nieuchronnie nawrót choroby,
popadł w rozpacz.W Pasji życia znalazł się opis ostatnich
godzin artysty: "(...) pobiegł na
zaorane pole z tyłu za zamkiem. Teraz nadszedł kres...Zwrócił
twarz ku słońcu, przyłożył rewolwer do boku i nacisnął
spust.Upadł i twarzą zarył w żyznym grząskim ile -
proch wracający na łono matki".29
lipca 1890 roku artysta
zmarł w swym skromnym pokoju, w ramionach brata.
Na krótko przed śmiercią powstał
obraz "Kruki
nad polem zboża", który
najdobitniej określa nastrój jego ostatnich dni -
samotność i bezbrzeżną rozpacz.Niedokończony list
do Theo napisany dwa dni wcześniej brzmi jak pożegnanie:
"Chciałbym Ci napisać o wielu sprawach, ale czuję,
że to bez sensu (...). W moim własnym dziele stawką
było życie, i w połowie straciłem przy tym rozum...".
POGRZEB
Yincenta van Gogha
odbył się 30 lipca.Przybyła
garstka najwierniejszych przyjaciół: "ojczulek"
Tanguy,
Emile Bernard,
doktor Gachet,
Camille Pissarro.
W sali, w której spoczywało ciało, rozwieszono obrazy
malarza, a trumnę pokryły żółte kwiaty: słoneczniki
i dalie; sztalugi, składane krzesło i pędzle leżały
na podłodze. Został pochowany na cmentarzu w Auvers.
Ceremonię opisał w liście do Alberta Auriera
Emile Bernard:
"Doktor Gachet (...) chciał powiedzieć kilka
słów o życiu Vincenta, ale on też tak płakał, że zdołał
tylko wykrztusić kilka zmąconych słów pożegnania...(co
było najpiękniejsze). Był porządnym człowiekiem, powiedział,
i wielkim artystą. (...) Sztukę stawiał ponad wszystkim,
i to ona spowoduje, że żyć będzie nadal.
Potem wróciliśmy. Theodore
van Gogh jest złamany z
bólu".
Theo
zmarł niemal pół roku później,
25 stycznia 1891
roku w Utrechcie.W
1914 roku
odbyła się ekshumacja, a jego szczątki spoczęły obok
ukochanego brata. Przy murze cmentarza w Auvers
znajdują się bliźniacze mogiły.Różnią się tylko imionami
i datami w napisach na jasnym kamieniu: "lei
repose Vincent van Gogh
- 1853-1890",
"lei repose Thćodore
van Gogh -
1857-1891
.