ARLES: OPĘTANIE KOLOREM 21
lutego 1888 roku o świcie van Gogh znalazł się
w Arles. Zamieszkał w
hotelu dworcowym, w bardzo skromnych warunkach.Pełen zapału
do pracy, niemal natychmiast wyruszył w plener. Odkrywał
prowansalską przyrodę, jej intensywne barwy i światło.
Nieufni mieszkańcy z ciekawością przyglądali się, jak
co rano wychodził ze sztalugami na plecach, a wieczorem
wracał dziwnie rozgorączkowany.Często mówił do siebie,
wymachując przy tym rękami. Wstawał bardzo wcześnie i,
zapominając o głodzie, wędrował z płótnem w stronę delty
Rodanu albo równiny Crau z polami pszenicy i winnicami.
Chętnie, być może po wodowany wspomnieniem rodzinnej
Holandii, podążał w kierunku zwodzonego mostu nad kanałem.
W marcu 1888 roku namalował
Praczki
z Arles - obraz tchnący optymizmem i radością.
Czyste, pogodne niebo odbija się w lekko pomarszczonej
tafli wody, a w perspektywie widać realistycznie przedstawiony
most z przejeżdżają cym powozem. Z nadejściem wiosny artystę
ogarnęła twórcza euforia - malował w gorączkowym pośpiechu
nawet po dwa płótna dziennie, jakby nie chcąc utracić
najmniejszej cząstki otaczającego piękna. Pojął, że zamiast
oddawać się drobiazgowym studiom japońskich drzeworytów,
wystarczy ustawić sztalugi w sadzie, by znaleźć się w
krainie baśniowego Wschodu. Powstał wówczas obraz Kwitnące
drzewo brzoskwini - zniewalający świeżością,
subtelnością barw i dekoracyjnością lazurowego nieba.
Artysta, wybierając ten "japoński" motyw, pragnął
utwierdzić się w mniemaniu, że Prowansja stanowi swego
rodzaju ekwiwalent wymarzonej Japonii. W liście do siostry
Wilhelminy stwierdzał: "Mnie tu nie potrzeba
japońszczyzny, ponieważ powtarzam sobie stale, że tutaj
jestem w Japonii".
Na początku czerwca wykonał jeden z ostatnich dosyć
konwencjonalnych pejzaży - "Widok
równiny Crau" pod
Arles z Montmajour w tle. Urzeczony widokiem okolicy
Vincent pisał do brata: "Nieskończona równina - widziana
z lotu ptaka z wysokości wzgórza - winorośl, zżęte pola
zbóż. To wszystko jest zwielokrotnione do nieskończoności
i rozciąga się niczym powierzchnia morza do horyzontu,
ograniczonego pagórka mi Crau". W tym samym miesiącu
van Gogh przybył do rybackiej wioski
Saintes-Maries-de-la-Mer. Zachwycony, namalował
tam m.in. obraz "Łodzie
z Saintes-Maries". Chociaż pochłonięty pracą,
małomówny i zamknięty w sobie, artysta dotkliwie odczuwał
samotność. Pewnego razu udało mu się za drobną opłatą
skłonić do pozowania młodą wiejską dziewczynę. Ten pierwszy
od dawna kontakt z kobietą wyzwolił w nim głęboko uśpioną
namiętność. Ukojenie znalazł w tamtejszym domu publicznym
przy rue Ricolettes. Poznał tam szesnastoletnią
Rachelę; odtąd odwiedzał ją, gdy tylko miał pieniądze.
Zaczął zawierać bliższe znajomości z mieszkańcami Arles,
którzy odwzajemniając sympatię, zgadzali się na pozowanie.Portret
stanowił dla van Gogha formę głębokich, pełnych emocji
relacji z ludźmi.Nigdy jednak - poza wizerunkiem matki
z 1888 roku - nie portretował bliskich, nawet ukochanego
brata. Najchętniej malował podobnych do siebie outsiderów,
zagubionych, pokrzywdzonych przez los dziwaków, często
niezwykle malowniczych.
Takim był na pewno spotkany w domu publicznym porucznik
Milliet. Należał do formacji żuawów - żołnierzy francuskiej
piechoty stacjonujących w Algierii, którzy przebywali
w Arles na ćwiczeniach. Pod koniec
czerwca 1888 roku van Gogh wykonał "Portret
żołnierza". Z entuzjazmem donosił bratu:
"Mam wreszcie model - żuawa - niedużego osobnika
o byczym karku i tygrysich oczach; zacząłem jeden portret,
a potem drugi... mundur tak samo błękitny jak emaliowane
garnki, z galonami koloru wyblakłej pomarańczy, dwie gwiazdy
na piersi; pospolity błękit, a bardzo trudny do uzyskania".
Co jakiś czas odwiedzali go zaprzyjaźnieni arlezjanie:
poczmistrz Joseph Roulin, jego
żona z dziećmi, pani Ginoux
- żona właściciela kawiarni dworcowej, Rachela i inni.
Najchętniej sadzał pozujących w fotelu z pomarańczowego
drewna i malował, rzucając z rozmachem farby na płótno.
Gdy brakowało pieniędzy, aby opłacić modela, portretował
samego siebie. Stawał wtedy przed lustrem i w skupieniu
rejestrował własne oblicze. Zdarzało się to dość często,
dlatego istnieje wiele wizerunków własnych artysty powstałych
w różnych okresach.Wszystkie nacechowane są powagą;odznaczają
się wyrazistością rysów i przenikliwością spojrzenia.
Van Gogh pracował z porażającą szybkością: kończył dzieło
podczas jednego seansu, malując bez przerwy.Natomiast
bardzo starannie, stosując się do zaleceń
Seurata, dobierał ramy do swych obrazów. Drobiazgowo
opisywał bratu, jaki mają mieć kolor i z ja kiego drewna
należy je wykonać, lecz te przystanę przez Theo przeważnie
go nie zadowalały. W końcu malarz sam nauczył się oprawiać
płótna.Przycinał listwy, zbijał je i malował. W Pasji
życia znajduje się fragment; "Szkoda,
że nie mogę sam kupować własnych obrazów - mówił do siebie
z ironią - byłbym wówczas zupełnie samowystarczalny".
Poszukując nowych wyzwań w studiach nad kolorem, artysta
podjął próby malowania nocą. Jak pokazać ciemność za pomocą
koloru? Sypiał w dzień, a wieczorem pracował przy sztucznym
świetle. W Arles sztuka
van Gogha osiągnęła wyżyny.Malował
z pasją, niemal bez odpoczynku. Opanowany ideą odnowy
malarstwa powrócił do utopijnego, zrodzonego jeszcze w
Paryżu pomysłu zorganizowania malarskiej wspólnoty. Wynajął
niedrogo prawe skrzydło domu przy placu Lamartine i pomalował
go z zewnątrz na żółto, budząc sporą sensację wśród mieszkańców
miasta;budynek od tej pory nosił nazwę "żółty
dom"
Na początek Vincent zaprosił Gauguina.
Snuł plany jego przyjazdu i całym sercem wierzył, że razem
mogą dokonać czegoś wielkiego dla sztuki. Artysta, nazywany
przez van Gogha "prawdziwym poetą",
posiadał cechy uosabiające bohatera: byt podróżnikiem,
który nie osiągnął celu, pielgrzymem, który dla swej misji
poświęcił rodzinę, tropicielem prawdy, który w jej imię
zaznawał wielu nieszczęść. Holenderski twórca planował,
że w "żółtym domu" powstanie coś w rodzaju malarskiego
bractwa.Wkrótce po przybyciu do miasta nad Rodanem zwierzał
się bratu: "(...) chciałbym tu stworzyć
jakąś przystań, miejsce odpoczynku dla biednych, zmęczonych
dorożkarskich koni z Paryża - dla siebie i dla naszych
przyjaciół, biednych impresjonistów".
O tym, czym dla niego był "żółty dom", pisał
do Theo: "(...) chcę, żeby wszystko,
od krzesła do obrazu, miało charakter. Dlatego kupiłem
miejscowe szerokie, podwójne łóżka; są solidne, dają wrażenie
trwałości, spokoju i jeśli trzeba, to nieco więcej pościeli
- trudno, meble muszą mieć charakter. (...) Przy odrobi
nie cierpliwości dom będzie coś wart, i w sensie umeblowania,
i dekoracji".Choć przez Gauguina nazywany
romantykiem, chciał urządzić "dom praktyczny, nie
zwykłą pracownię pełną bibelotów". Odnowił i przygotował
mieszkanie, zgromadził meble, m.in. dwanaście krzeseł
(z symbolicznym odwołaniem do dwunastu uczniów Chrystusa).
Ściany ozdobił dwunastoma panneau przedstawiającymi niezwykłej
urody słoneczniki
z Arles. Słonecznik (po francusku tournesol, czyli
"zwrócony do słońca") w kontekście wiary symbolizuje
uwielbienie Boga; wyraża też miłość artysty do natury.
Tym czasem Gauguin, pełen wątpliwości
i obaw co do rezultatu spotkania, długo zwlekał z przyjazdem.
Wreszcie 23 października 1888 roku,
za namową Theo, który spłacił jego długi, pojawił się
w Arles. Idylla trwała
krótko. Obu artystów dzieliło niemal wszystko - krańcowo
odmienne charaktery, widzenie świata i ludzi oraz podejście
do zagadnień malarstwa. Pycha i arogancja Gauguina, jego
skłonność do chłodnej kalkulacji zderzyły się z dobroduszną
naturą van Gogha, jego idealizmem i spontaniczną ekspresją
twórczą.Gauguin uważał się wówczas za w pełni ukształtowanego,
dojrzałego artystę.Używając mentorskiego tonu, pouczał
i strofował Vincenta. Ten jednak, szczęśliwy, że już nie
jest sam, początkowo przyjmował ataki z pokorą, występując
w roli uległego ucznia. Zaczął nawet naśladować styl przyjaciela,
stosując charakterystyczny dla Gauguina konturowy obrys
płaszczyzn i dekoracyjne tła. Lecz gdy ten zażądał od
van Gogha odejścia od malowania z natury, sytuacja stała
się bardzo napięta. Nieustająca, pełna cynizmu i obraźliwej
złośliwości krytyka przygnębiała Holendra, zniechęcając
go do pracy twórczej. Marzenia o duchowej i malarskiej
wspólnocie spełzły na niczym. Dalej wypadki potoczyły
się z zatrważającą szybkością. Vincent był wyczerpany.
Długotrwałe niedożywienie, praca w palącym słońcu, tytoń,
absynt, nieustanny brak pieniędzy oraz - na skutek konfliktu
z Gauguinem - obsesyjna niepewność w ocenie własnej sztuki,
spowodowały, że zapadł na zdrowiu; stał się nerwowy i
agresywny. Coraz częstsze wybuchy furii szokowały najbliższe
otoczenie i mieszkańców Arles.
23 grudnia 1888 roku nastąpił
przełom. Podczas kolejnego ataku szału van
Gogh skierował całą rozsadzającą go agresję na
własną osobę i obciął sobie
dolną część prawego ucha. Zawinął makabryczny szczątek
w skrawek gazety i ofiarował go swej zszokowanej przyjaciółce
Racheli. Gauguin zawiadomił
Theo o wypadku i pospiesznie wyjechał z Arles.
Chorego umieszczono w miejscowym szpitalu, gdzie stwierdzono
epilepsję. Po powrocie do domu namalował jeszcze trzydzieści
siedem obrazów, m.in. "Autoportret
z zabandażowanym uchem i fajką" przejmujący
w swej szczerości. "Budowa obrazu uderza
prostotą, konsekwencją i naturalnością -
pisze Wojciech Karpiński.
- Psychologiczny dokument o sile trudnej
do zniesienia stanowi zarazem znakomite studium kolorów
komplementarnych, jakby pomyślane jako malarskie wyznanie
wiary (...). Przede wszystkim van Gogh chciał przekonać
siebie, że potrafi malować jak dawniej, nie gorzej niż przed
atakiem". Skończył też portret pani Roulin
jako piastunki. Ataki padaczki jednak zaczęły się powtarzać
i artysta ponownie znalazł się w szpitalu. Przebywał tam
do maja 1889 roku, do "żółtego
domu" już nie wrócił. Strach mieszkańców przed nim
sprawił, że postanowieniem lokalnych władz został skierowany
na leczenie do zakładu dla obłąkanych w Saint-Remy,
położonym dwadzieścia pięć kilometrów od Arles.